..
Ukraińskie klimaty

 
 
2009-10-31
Odsłon: 1476
 

Ukraińskie opowieści (vol. 1)

1. Czapeczka na woryni, czyli jak byłem przeszukany na płaju z Bystreca do Dzembroni.

Szedłem wtedy od Szpyci. Wracałem z całodziennej, mozolnej wycieczki do swojej chałupy u Slipieńczuków w Dzembroni Górnej pod Czarnohorą. A więc wracałem wtedy od Szpyci do siebie. Wracałem, więc było już dobrze pod wieczór. Droga od Gadżyny jest tam już prosta, nieskomplikowana. Wije się, schodząc łagodnie w dół, wśród lasów i polan, aż wreszcie dochodzi do potoku Bystrec i prowadzi wzdłuż niego przez wieś o tej samej nazwie aż do Czarnego Czeremoszu. Idę, jestem sam. Wkoło pusto. Raz chyba mijał mnie jakiś drabiniasty wóz, koła na metalowych obręczach, z przodu, w zaprzęgu, mały, brązowy konik huculski. Woźnica szedł obok pojazdu, z lejcami z konopnego sznura w ręku. Przystojny chłop, kędzierzawe włosy, orli nos, przymrużone siwe oczy - bo słońce jeszcze było dość wysoko i na wprost. Nic w urodzie z Wołocha. Spytał mnie, jak to wędrowca, zgodnie z moim wyglądem: " A zwitki wy, did, idete?" czyli "A skąd to dziadku?". Odpowiedziałem, wytłumaczyłem, zaspokoiłem ciekawość. To taki odwieczny nawyk, obowiązek. Nie zaczepić obcego, nie zagadać do niego, to dziwactwo. Zaczepić - to nie tylko zrozumiała ciekawość - ale wręcz święty zwyczaj, wymóg uprzejmości i grzeczności, docenienie człowieka, spotkanie. Idę dalej. Droga schodzi ostro w dół. To już to miejsce, gdzie po drewnianym moście, o mocno nadgniłych belkach, przechodzi się nad potokiem Bystrec. Dalej rozstaje. Na lewo wzdłuż potoku płaj na Maryszewską. Za mostem droga rozszerza się w niewielką polanę, gdzie od lat stoi jakaś szopa, obok niej zardzewiały spychacz z porozrywanymi gąsienicami. Pasą się wychudzone konie. Uf, wiem, gdzie jestem. Jeszcze półtorej godziny i będę na miejscu. Choć tędy idzie się w miarę wygodnie, ale trzeba wciąż patrzeć pod nogi. Co rusz to jakieś głazy, wystające kamienie, małe, przecinające drogę strumyki, gdzieniegdzie rozlewające się w większe kałuże. Kolejna polana. Tu, po lewej stronie, wspina się w górę ścieżka na Kostryczę. Wydeptane zakosy w trawie, aż do kamienistego podłoża. Obok wyraźny jar, którym spływa do Bystreca jeden z kostrzyckich potoków. Jakieś chałupy. Nieco bliżej szopa, obok której - przy wysypie "biełych", czyli prawdziwków - znajduje się ich punkt skupu. Jestem zmęczony. Chętnie napiłbym się piwa. Ale sklep w Bystrecu jest ze trzy kilometry w dole i wiem, że nie będę szedł koło niego. Mój szlak, to skręcić nieco wcześniej, tuż za potokiem Czerłene. Przeprawić się na drugą stronę bystreckiego potoku i ruszyć w górę, przez Kosaryszcze. Jak po dwudziestu minutach wspinaczki jest się już wysoko, to przy dobrej widoczności w dole, po prawej ręce, widać porozrzucane zabudowania wsi Czerłene. Starą chałupę "dziadka kedrowatego", czyli Babulczaka. Potem, w dole, wzrok ociera się o staję "braci leśników". Ponure draby!. Jest i dawny dom Iwana Slipieńczuka. Stary, ale w zupełnie niezłym stanie, z tak wspaniale spasowanych półbali, że ściany w izbie kuchennej wydają się nieskazitelnie równe, równiuteńkie, bez najmniejszego załomka, czy innej skazy. A głównym drogowskazem jest chałupa wójta Dzembroni - Maksymiuka. Jej dach ze srebrzystej blachy lśni w zachodzącym słońcu tak samo widoczny z Wuchatego Kamienia, Smotreca i Stiepańca. To wszystko jest już blisko, o rzut kamieniem. A w dali piętrzy się główny grzbiet Czarnohory: od Howerli przez zwaliste Szpyci i Kizie Uwłochy, wyraźne Rebra, kopulasty Brebenieskuł i nasuwający się na Munczela Stiepaniec. Na wprost jest i trochę płaska w swoim górnym fragmencie Dzembronia, nieco wysunięta przed główną grań, a jeszcze bliżej skały Wuchatego Kamienia, "mały", "średni" i "duży" Smotrec, szczyt "przed Stajkami" i dwuwierzchołkowe Stajki oraz zarośnięte gęstym lasem Skoruszne.No więc chętnie golnąłbym sobie browarek. Ten smak, ten zapach. Brak browarka w tym momencie to dodatkowa tortura. Świadomość, że gdzieś tam, może niezbyt daleko, jest on dostępny, lecz nie dla mnie, sprawia fizyczny ból. Ale brnę, posuwam się do przodu i jestem nieco dalej, niż przed chwilą. Trochę bliżej potoku, za którym coś się dzieje. Jest mostek, nieco wyżej jakieś zabudowania. Za mostkiem, po prawej stronie, widać cztery postacie. Siedzą przy drewnianym, z nieheblowanych desek, stole. Na zwykłych ławach, z ledwo co okorowanych bierwion. Siedzą i piją. Piją wódkę, jak tu się mówi horyłkę, albo samohonkę, ale chyba, na popitkę, mają piwo. Intuicja podpowiada mi, że to piwo nie wzięło się "deus ex machina". Jeśli wyżej jest chata, to w niej może być, mniej lub bardziej oficjalny, sklep. Tamci niech sobie siedzą i piją. Ja natomiast sprawdzę swoją hipotezę... Więc sprawdzam. Jest dom, jest wejście, jest "mahazyn" czyli sklep, i jest piwo. Gospodarz wychodzi przed próg, na boso, czarnowłosy, dobrze zbudowany, miło się uśmiecha. "Inostraniec", obcy, choćby "Poliak", to ciągle tu atrakcja, ciekawostka, zwłaszcza taki samotny "did". No więc jest piwo, piweczko, bliskie, na wyciągnięcie ręki. Lecz oto pojawia się napęczniała, rosnącą żądzą spożycia, prawda. Wyszedłem z rana w góry. Wiedziałem, gdzie idę. Tam, gdzie nie ma nawet cienia sklepu. Więc nie biorę ze sobą pieniędzy, groszy, hrywni, dolaresów, złotówek, rubli. Nic, co by nawet je przypominało, bo po co. Bosonogi przypatruje mi się, co robię. Wytrząsam bowiem wszystko co mam w plecaku prawie pod jego stopy. Szperam po zakamarkach plecakowych wnętrzności, zaglądam w jakieś woreczki, torebeczki i zawiniątka. "Nie wpadaj w panikę, myśl!" powtarzam sobie w myśli. Nic, żadnego rozwiązania. Jeszcze raz obejmuję wzrokiem porozrzucane przedmioty. I wreszcie błyska, jakieś rozwiązanie, pomysł. Apteczka, mam apteczkę. Meine kleine apotheke. A w niej między innymi - proszę bardzo - "uholczyk", czyli węgielek oraz pyralginka, cudowne specyfiki o bezcennej wartości. Część z nich niewątpliwie o wartości co najmniej jednego, rozkosznie bulgocącego - jak się tak podniesie w górę butelkę i przytknie do warg odpowiednim otworem - piwa. I już słowa same mi wypływają z ust. "Wy znajete, ja paszoł w hory, ne znał szczo tut je mahazyn, nie wział z soboju hroszi! U mene je uholczik i pyralhin. Ja wam dam po odnym listoczku, a wy dajte mene odno pywoczko". Wyciągam rękę ze specyfikami. Widzę na twarzy gospodarza uśmiech zrozumienia. Jest też wyraźnie rozbawiony. Ale Ukrainiec jest chytry. "Szcze odyn listoczek uholczyka". "Dobre, dobre" - odpowiadam i w mig, błyskawicznie, realizuję życzenie. Piwo jest. Już w moich rękach. Już otwieram. Piję ...Tak więc piwo zostało wypite, w wyniku nietypowego barteru na obrzeżach Bystreca, w towarzystwie bosostopego, zawiniątka wraz z apteczką schowane na powrót do plecaka. Czas ruszać dalej, bo wieczór za pasem. Lecz traf chciał, a topografia miejsca temu sprzyjała, że moje spożywanie piwa nie umknęło uwadze biesiadujących nieopodal, przy drewnianym stole. Już wydawało mi się, że przekroczyłem newralgiczny punkt, gdy dobiegło mnie wesołe pohukiwanie. "Poliak, Poliak. Zachadi do nas, zachadi". I oto dylemat. Udawać głupa, idiotę, głuchego dziada, strugać wariata i może dostać w łeb, lub zarobić w ryja, czyli w dziób, czy też sprostać oczekiwaniom i dołączyć do biesiadników. Wybrałem to drugie. "Piwo wypite. Nadszarpnięte zdrowie podreperowane. Do ciemnej nocki jeszcze trochę. Jest wódeczka do spożycia. Wchodzę w to" - oto tok mojego nieskomplikowanego rozumowania. No więc siedzimy i pijemy. W butelce nie za wiele. Tym lepiej. Ale po browarku i jednej kolejce, plus cały dzień łażenia, plus słaba głowa od urodzenia, coraz milej i weselej. Młodzi ludzie, bo okazało się, że młodzi, śmieją się, opowiadają. "O, Poliak". Ten był w Polsce, drugi też. Wymieniają miasta, przymawiam się o papierosa. Oczywiście, częstują. Po prostu sielanka. Coś tam zaczynam podśpiewywać. Wprawdzie nie po ukraińsku, ale zawsze "Czerwony pas". Młodzi ludzie wniebowzięci, jak się wydaje, ale - jak się później okazuje - panują nad sytuacją. Przy "Tam szum Prutu, Czeremoszu", ogólnie znanym, prawie internacjonalnym, fragmencie, bratanie się osiąga apogeum. Moje rozśpiewanie budzi nieopisany zachwyt. Jeden z młodzieńców wykrzykuje do drugiego, coś co można zinterpretować następująco: Polak, a taki w porządku. I na mnie kończy się ostatnia kolejka, czyli jednoznacznie uściślając, wypijam ostatnią musztardówkę. Wychylam naiwnie, szczerze, podświadomie poniekąd zadowolony, że oto koniec balangi i mogę znikać. I w tym miejscu dochodzimy dopiero do sedna sprawy, do owych tytułowych poniekąd swarów. Oto, jak się okazuje, wypicie ostatniego kieliszka obliguje do kontynuowanie biesiady kosztem spożywającego ostatki. Moje tłumaczenie, że nie wziąłem pieniędzy w góry, bo po co, nie budzi wiary. Chytry Polak pił piwo, przecież widzieliśmy. Piwa przecież nie dają za darmo. A teraz dziadyga udaje Greka. Młodzi rozglądają się wokoło. Wprawdzie bosostopy dyskretnie zniknął, ale miejsce jest poniekąd publiczne. Wkoło zabudowania. "No to my cię odprowadzimy" - pada propozycja nie do odrzucenia. "Jest nam po drodze". W porządku. Idziemy razem. Trochę się potykam, dla zasady udaję bardziej wstawionego niż jestem, ale czuję, że coś wisi w powietrzu. Już jesteśmy za pobliskim zakrętem. Wkoło głusza. Żadnych zabudowań. A po lewej stronie jakieś miejsce do siedzenie, dla wędrowców lub innych turystów. W miarę delikatnie jestem na nim posadzony. W miarę delikatnie moja stara, zużyta, kultowa czapeczka, zostaje zdjęta z mojej głowy i ląduje na krótko ostrzyżonych włosach najbliższego, niebieskookiego, jak się okazuje, osiłka. W miarę delikatnie mój plecak zostaje zdjęty z moich ramion. Rozpoczyna się przeszukiwanie. Najpierw wszystkie kieszenie, które mam na sobie. Niby delikatnie, ale stanowczo. Potem zostaje wytrząśnięty plecak. Mój ceratowy, niebieski płaszcz od deszczu, żadne tam cudo, założony przez niebieskookiego i zapięty na zatrzaski sprawia wrażenie, że za chwilę się rozpęknie. Nie panikuję, nie stawiam się, bo sytuacja jest jednoznacznie niekomfortowa. Poddaję się, jak bezwolna kukła, przerzucaniu z rąk do rąk. Stoją kołem i przerzucają mnie. No trudno. Coś tam popiskuję, a propos płaszcza od deszczu. Żeby mi go nie zabierali, bo go obiecałem dać Wasylowi Oleksandrukowi z Dzembroni, no wiecie, temu synowi sklepowej. Pieniądze nie znalezione. Znaczy się, że "Poliak" mówił prawdę, że nie wziął..., albo dobrze schował. Emocje, w wyniku narzuconych mi ćwiczeń fizycznych, zostały rozładowane. Moje porozrzucane szpeje zostają mi na powrót udostępnione, również i płaszcz, i mogę je wcisnąć do plecaka. Nie pamiętam, czy "oprawcy" towarzyszą mi jeszcze przez jakiś czas, czy też zostają z tyłu. Dalszą część drogi pokonuję dość sprawnie i szybko. Dopiero już na samym dole, za ostatnim mostkiem, po zejściu od chaty Maksymiuka coś mnie nachodzi i wywalam przy drodze rzeczy z plecaka. Niby sprawdzam, czy wszystko jest, choć nie bardzo pamiętam, co ze sobą miałem. Na tej dziwacznej czynności przyłapuje mnie przechodzący młody Dima Wetoszczuk. Coś tam bąkam Dimie, o tym co mnie spotkało i - być może łapiąc się za głowę - stwierdzam brak swojego kultowego nakrycia głowy. Jeśli to jedyna strata, to mogło być gorzej. Pora na wyrazistą pointę, choć generalnie sprawa jest nieco mętna. Przeżyłem nietknięty, choć gdybym miał pieniądze, to pewnie bym je przetracił. Nie to, żeby mi je zabrali. Spiłbym się pewnie jak świnia w tym doborowym towarzystwie i przespał noc gdzieś w rowie do rana. A czapeczkę w dwa dni później odnalazłem ... na woryni, powieszoną w widocznym miejscu, przy płaju z Bystreca do Dzembroni. A pointa? To nie niezaleczone rany z przeszłości, tylko nieznajomość lokalnych zwyczajów może spowodować komplikacje i swary, gdy myszkuje się samotnie po Czarnohorze. Generalnie normalni, zwykli mieszkańcy tych obszarów są w miarę gościnni, mili i uczciwi ...

 

2. Jestem strażnikiem przyrody, czyli mocowanie się z Dimą.

Bardziej skomplikowana sprawa to niechęć młodego Dimy Wetoszczuka, do mnie, Wojciecha T., zwanego po pewnym czasie nawet przez niektórych jego współziomków, wprawdzie żartobliwie, ale zawsze, dzembrońskim człowiekiem. Bo jest to wyraźna, manifestowana na różny sposób i na różnym poziomie, niechęć. Czasem charakteryzuje się ona jakby zaciśniętymi na mój widok lekko szczękami, ledwo - lecz wyczuwalnie - przyspieszonym oddechem, nieznacznym zblednięciem twarzy młodego Dimy. Ale jest wyraźna. Czytelna także dla postronnych. Wisi w powietrzu jak jakiś tuman, gdy tylko stykamy się przez przypadek ze sobą. Lecz, kiedy się już o czymś takim wie, to podświadomie najpierw w te przypadkowe kontakty wkrada się - nie wiadomo kiedy - nienaturalność, a później sztywność, sztuczność i rezerwa, wyczuwane mniej lub bardziej, napięcie. I to już nie tylko Dima jest napięty, z jemu tylko znanych powodów, ale ja także, bo on jest wyczuwalnie napięty. Ale ogólnie jest to niechęć tego właśnie Dimy, leśnika z Dzembroni, do konkretnego Polaka - do mnie, a nie jakaś tam nienawiść z przyczyn głęboko historycznych. Z tym Dimą i mną to ciągnie się od dość dawna. I to dotyczy nie tylko niego, ale też jego matki - Kaliny, i przez pewien czas także jego ojca, starego Dymitra Wetoszczuka, póki jeszcze żył. Ale wszystko dokładniej i po kolei. Jak po raz pierwszy znalazłem się u wrót do Górnej Dzembroni, dosłownie u wrót, bo była to, już wyraźnie nie pamiętam, otwierana na niby zawiasach drewniana brama, albo zapora z bierwion, tuż za skrętem na Smotrec, mniej więcej na wysokości chałupy starej Paraski Myckaniuk, to pierwszym człowiekiem z "Czarnohory" z jakim się zetknąłem był właśnie stary Dymitr Wetoszczuk. Stary Dima, z niesłychanie krzaczastymi brwiami, w porwanej nieco, wytartej na łokciach fufajce, w gumiakach, z nieodłącznym skrętem w ustach, który czekał na nas za ową prawdziwą, namacalną, ale jakże symboliczną bramą. Za nią zaczynała się nasza czarnohorska "ziemia nieznana", a on był jak ten mityczny strażnik, jak ten przewoźnik Charon, co prowadził nas, przewoził przez potoki, wprost w te zaczernione gęstwiną lasów i żerebu szczyty. Przy pomocy swojego drewnianego wozu, na drewnianych, obitych zardzewiałymi, metalowymi obręczami, kołach, z chudzieńką szkapą w zaprzęgu. Dima niemłody, ale krzepki, roześmiany, sypiący skrzącymi się humorem anegdotami. Zamieszkaliśmy w jego "letniej rezydencji", staji, znacznie wyżej niż rozciągnięta wzdłuż potoku o tej samej nazwie wieś Dzembronia. Była to szykowna chata, z portretowymi zdjęciami Kaliny i Dymitra z okresu ślubu i wesela. Z całą gamą domowych sprzętów, wnoszących ciepło i zadomowienie. Trochę bałaganu i nieładu, ale mile świadczących, że nie jest to dom martwy. Że ma on swoją historię i życie bieżące. Do kuchni doprowadzona była woda, co stanowiło ewenement w skali całej wsi. I nikt wtedy jeszcze nie słyszał o młodym Dimie, leśniku, który gdzieś tam się snuł i być może tylko pojawiał się w opowiadaniach rodziców. Był wówczas całkiem młody, częściej nocował "gdzieś" poza domem, bo przecież musi się wyszumieć. A my, choć byliśmy tu po raz pierwszy, to już wtedy staliśmy się "wetoszczukowi", byliśmy ich gośćmi po wieczne czasy, choć o tym nie wiedzieliśmy. Staliśmy się poniekąd ich własnością, przypisani do nich, do ich miejsca i chałupy, jak pańszczyźniani chłopi, bez możliwości jakiejkolwiek alternatywy. Bo my stanowiliśmy dla nich źródło niespodziewanego, a zawsze potrzebnego, dochodu. Nie tylko mieszkając i stołując się u nich, ale zobligowani również niewypowiadanym, im tylko znanym prawem, do nabywania wyłącznie u nich liżników, szkarpet i wszystkiego innego dobra. Ale kiedy w rok później, po raz drugi, przymierzałem się do Dzembroni jeszcze ta ze wszech miar słuszna intrerpretacja, nie była mi znana, nie narodziła się jeszcze w mej głowie. To wymagało czasu i okoliczności, które następowały stopniowo, z roku na rok, nieuchronnie, w wyniku różnych przypadków i nieprzewidywalnych zdarzeń. Przy drugim wyjeździe powstał dylemat. Monika chciała mieszkać u Slipieńczuków, gdzie była poprzednio po raz pierwszy, ja u Wetoszczuków. Chyba jeszcze w drodze do Dzembroni trwał niędzy nami nie do końca artykuowany spór: ja - Wetoszczukowie, ona - Slipieńczukowie. Ja - chata na przełęczy, ona - izba w domu starego Iwana, stolarza. Jej idea zwyciężyła i to rozwiązanie było chyba pierwszym zaczynem coraz wyraźniejszego, w miarę upływu czasu, konfliktu między mną a Wetoszczukami. Bo oto ja, po wieki wetoszczukowy, wybrałem Slipieńczuków, porzuciłem zaś ich - Wetoszczuków. Tak - porzuciłem. Jeszcze dźwięczą mi w uszach te słowa Kaliny, kiedy po ośmiu latach od pierwszego pobytu, spotkałem ją, gdy wspinała się w stronę chaty na przełęczy, by odnaleźć w wieczornym, mroczniejącym lesie krowy i wydoić je. Rozmawialiśmy przez jakiś czas, idąc pod górę tą samą drogą i dotąd nie mogę zapomnieć tej głębokiej, autentycznej w tembrze jej głosu nuty goryczy, gdy mówiła właśnie do mnie te słowa: "Zostawiliście nas, zostawiliście". I chyba właśnie wtedy, przy drugim pobycie, już pojawił się młody Dima, i problem, że właśnie u niego, tylko u niego, trzeba kupować przed każdą wycieczką w góry jakieś bilety wstępu do czarnohorskiego parku, choć wiadomo było, że jest to zwykły haracz, który idzie wprost do jego kieszeni. Ale wtedy jeszcze rozmawialiśmy ze sobą, bo też i bilety były czasem, choć nieregularnie, kupowane u niego. Rok, a może dwa lata później pojawiły się w Czarnohorze Marty. Mała Marta, zwana Małą Lady i Duża Marta zwana z czasem Łondą. Dla zobrazowania narastającej waśni z Dimą to pojawienie się ich jest niezwykle istotne. Ich pierwszy, lipcowy, chyba ponad tygodniowy pobyt to było związanie się z Wetoszczukami. Mieszkały w ich chacie na przełęczy, jadły - zbyt na ich gust tłuste i obfite - obiady, które Kalina przynosiła czasem "z dołu", a czasem pitrasiła "na górze". Marty stały się "wetoszczukowe", a my z Moniką, mieszkając uparcie u Slipieńczuków - slipieńczukowi. Marty, czemu się trudno nie dziwić, Czarnohora urzekła. I kiedy niewiele później, w sierpniu, jeszcze raz jechaliśmy z Adamem do Dzembroni, zabrały się z nami i końcem końców zostały u Slipieńczuków. Wetoszczukowie znów zostali porzuceni, i jak by im nie tłumaczyć, w ich mniemaniu - w czem było wiele oczywistej prawdy - przy aktywnym współudziale pierwszego odszczepieńca - Wojciecha. Ale jeszcze chyba wówczas szczęki młodego Dimy nie były tak silnie zaciśnięte, jak później i jeszcze wtedy czasem ze mną rozmawiał. A później były inne, ważniejsze sprawy. Stary Wetoszczuk ciężko chorował, miał wylew, ledwo nie umarł, i młody Dima siłą rzeczy był bardziej otwarty. Chcąc nie chcąc, szukał współczucia podświadomie, wszędzie wokoło. Miał głęboko zrozumiałą potrzebę rozmawiania o swoim autentycznym nieszczęściu. I był wówczas, "normalny", bez uprzedzeń i niezrozumiałych fochów. Ale szalę goryczy, jak sądzę, przelało nie tylko to, że Marty przyjeżdżały nadal do Dzembroni i stały się slipieńczukowe, ale kolejna nowa historia. W której główne skrzypce grało niepohamowane uczucie pewnego Kuby, do nieletniej, szesnastoletniej mieszkanki Przemyśla o dość oryginalnym imieniu Jowita. Przyjechała do Dzembroni, ze swoim ojcem, niejakim Józefem oraz dwojgiem jego przyjaciół - małżeństwem. Zamieszkali w "domu na przełęczy", gdzie od jakiegoś czasu w okresie letniej kanikuły współgospodarzem był Kuba, Polak z Przemyśla. Ponad 40-letni rozwodnik, bez żenady emablował niewinne dziewczątko, puszył się przed nią, uwodził swoim śpiewnym głosem, a Józiowi szalenie trudno było odnaleźć się w tej skomplikowanej relacji. Zachowywał się dzielnie, ale każdy wnikliwszy obserwator wyłapywał te jego spanikowane spojrzenia i przerażone oczy, gdy w perspektywie byli wszyscy, oprócz tych dwojga. A Kuba tokował, imponował, tłumaczył, improwizował, przechodził wprost samego siebie w tym godowym tańcu, i nie miał cienia wyrzutów. Empatia w stosunku do Józefa nie była mu znana. I kiedyś, na dwa dni przed planowanym wyjazdem Józefa, córuni i Dwojga Starych Przyjaciół, kiedy w sposób oczywisty można było domyślać się, że - kiedy jak kiedy - ale właśnie teraz młodzi muszą się, nazwijmy to, pożegnać - nie tyle puściły Józiowi nerwy, co wpadł mu do głowy szatański sposób, by utrudnić spodziewany epizod. Otóż niezapowiedziani, wszyscy czworo, pojawili się u slipieńczukowego Wojciecha, a Wetoszczuków - po raz kolejny porzuconych za sprawą rzeczonego recydywisty po prostu trafił szlag. To nie to, że czyhali na mnie z obrzynem za każdym drzewem, to nie to, że podcinali podpory mostu, po którym miałem stąpać, ale szlag ich niewątpliwie trafił. I skutki tego trafienia, podbudowane wcześniejszymi wydarzeniami, pielęgnowali w sobie, rozbudowywali, jak sądzę. A młodemu Dimie najbardziej chyba wybiło w tym roku, kiedy jeździliśmy z Kriuczkiem i obfitą w indywidualności grupą do Kosmacza. Odbiło mu, bo Kriuczek ze swoim gazikiem-bobikiem zarabiał na nas, Slipieńczukowie - zarabiali, a nam nawet do głowy nie przychodziło, żeby u Dimy kupować jakieś tam bilety. A młody Dima był już chyba wtedy jednoznacznie zaręczony, wesele za pasem, budowa domu. Słowem, wydatki. I wciągnął do intrygi drugiego dzembrońskiego leśnika, znanego alkoholika, Mykołę Myckaniuka. Otóż wracamy wtedy z Kosmacza z Kriuczkiem tym jego bobikiem. Wysiadamy koło sklepu. Z daleka widać za sklepowym płotem jakieś zbiegowisko. Ale to w miarę normalne. Przecież sierpień, wieczór. Okres, kiedy o tej porze, w tym właśnie miejscu, schodzą się mniej lub bardziej przypadkowi turyści, miejscowi sianożeńcy po całodziennym trudzie ... o, właśnie przyjechał autobus. Wysypujemy się z bobika, jakieś 7-8 osób. Dogaduję się z kierowcą na boku o ostateczną zapłatę. Migają, dla wnikliwszych oczu, jakieś dolary w powietrzu. Kriuczek, w końcu już stary znajomy, żegna się z nami wylewnie. No to cóż. Obowiązkowe piwko lub dwa ze sklepu Marija. I oto niespodziewanie, już za sklepową furtką, na odcinku między nią a widocznymi nieopodal szarymi, betonowymi, sklepowymi schodami, wyrasta przede mną z kamienną twarzą młody Dima, a za nim, jak cień, pojawia się Mykoła. Dima jest niesłychanie urzędowy, trzyma w ręku jakieś papiery i dokumenty. A Mykoła tuż za nim strzyże swoimi spiczastymi uszkami. Siłą rzeczy przesuwamy się w stronę ławy przy płocie, bo sprawa wygląda poważnie. Mamy spore audytorium. Nas - 7-8 osób - trochę miejscowych i jakaś inna grupa turystów-Polaków. Dima, jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy w życiu, przedstawia się, pokazuje swoją legitymację strażnika przyrody, czy coś w tym rodzaju, powołuje się na jakieś bliżej nieokreślone przepisy i zarządzenia - Mykoła cały czas, jak cień, bezgłośnie mu wtóruje - summa summarum przedstawiają oba cwaj swoją propozycję nie do odrzucenia. Absurdalną, ze względu na swoją treść i formę oraz konsekwencje finansowe dla nas. Zaś z samego założenia czytelną dla wszystkich miejscowych. Oto należy przygwoździć tych wstrętnych Polaków, którym pieniądze wprost wysypują się z kieszeni przy każdej okazji, dają zarobić Kriuczkowi i innym, ale nie dzielnym leśnikom reprezentowanym przez przodującego w ekologicznych zabiegach młodego Dimę i alkoholika-Mykołę. Treść tej propozycji to 5 dolarów dziennie - wstecz i do przodu - od każdego Polaka z mojej grupy. Taka niewinna "opłata klimatyczna" za nic. Mykoła z podniecenia coś tak popiskuje, bo szmal przeliczony na hektolitry znajomej samohonki już mu pachnie. Ja na razie nic nie mówię, myślę co dalej, czekam, to dopiero początek. Włącza się sam Mykoła i zaczyna rozwijać wątek. Jeśli idzie o mnie samego to to jest trochę inna sprawa. Ode mnie w zasadzie nic nie chcą, przecież ha, ha, ha, ja jestem ich stary znajomy. Ale innych Polaków, choćby teraz - tu obok sklepu - jest coraz więcej i to właśnie ja - Wojciech, w swoim dobrze rozumianym interesie, powienienem ich od zaraz przekonać, że oni także mają płacić. Młodzi z mojej grupy coś tam rozumieją, ale nie wszystko. Milczą. Włącza się z obfitą wypowiedzią Bogusia. Że to, że owo, że tamto i siamto, ogólnie rozbój i świństwo. Ja staram się cierpliwie tłumaczyć, że nie znam takich regulacji, że z innymi Polakami nie mam najmniejszego zamiaru petraktować, bo to zupełnie nie moja sprawa, że owszem, być może powinniśmy - jak kiedyś, kupować u Dimy bilety, ale przecież tylko wtedy, kiedy rzeczywiście idziemy w góry, a nie zawsze idziemy. Dzisiaj, na przykład byliśmy w Kosmaczu. I co, za to też mamy płacić? Za każdy dzień pobytu i takie pieniądze? - wykluczone. Dima troszkę się wycofuje. Nie chce już nic wstecz. Ja z kolei mówię, zgodnie z prawdą, że nazajutrz część mojej grupy wyjeżdża i na razie pogoda taka, że w góry pewnie nie pójdziemy. Niespodziewanie sroży się Mykoła. Widząc, że moje jednoznaczne wypowiedzi utwierdzają innych, obecnych przy sporze Polaków, by nic nie płacić, wyraźnie wścieka się, zmienia się na twarzy. To już nie ten przymilny, łaszący się Mykoła, lecz autentycznie nienawistny facet. Syczy do mnie przez zaciśnięte zęby, mrużąc przekrwione od alkoholu oczy, z nieskrywaną, czytelna groźbą: "Wojciech, Wojciech, ty nam tu nie mieszaj, nie mieszaj. Ja wam zrobię w górach takie przeszukanie, że wam w pięty pójdzie". Brzmi to naprawdę groźnie. Moja riposta jest prosta, nieskomplikowana. W porządku. Jeśli tak chcecie, to w ogóle przestaniemy tu przyjeżdżać i nikt z tego nie będzie miał żadnego pożytku. Cały czas jednak pamiętam, że to taka trochę gra. Rozmawiamy poniekąd publicznie. Wkoło pełno różnych słuchaczy. Oni -Dima i Mykoła - muszą wyjść z tego z twarzą. Coś trzeba dać, ale wiadomo, jak najmniej, bo to zwykła grabież. W końcu mówię: 20 hrywni teraz za wszystkich, a co będzie dalej - zobaczymy. Może wszyscy wyjedziemy jutro i w ogóle nie będzie żadnej sprawy. Dima, ku mojemu zaskoczeniu, bierze tę niewysoką sumę bez ociągania się, wydaje jakieś niby-bilety, zwykłe świstki papieru z jakąś pieczęcią, ręcznie skreśloną datą i jego podpisem. Za chwilę Mykoła upomina się u Dimy o te pieniądze i tu ... pełna niespodzianka. Pieniądze, w relacji Dima-Mykoła, gdzieś znikły. Jestem szczerze zdziwiony, wręcz zszokowany. Wywalam dla zasady, manifestacyjnie, kieszenie swoich spodni na wierzch, dobitnie pokazując Mykole i wszystkim wokoło, że przecież ode mnie te 20 hrywni wziął. Dima niby to uważnie, wielokrotnie, z niby to zdziwioną miną przegląda wszystko co ma w ręku, by udowodnić Mykole, że nie ma tego banknotu. Ja już jestem wyraźnie wyłączony ze sprawy. To już jest rozgrywka między nimi. Dima dostał na tyle mało, że Mykołę wyłączył z rachunków ...

 

3. Jak ten Polak pięknie mówi po naszemu, czyli coś się zmienia.

Od jakiegoś czasu nasze miejsce pobytu zmieniło się. Mieszkamy już nie u Starego Iwana, ale u młodego Iwana Koszeluka, męża Maryjki. I nie w "starym domu" tylko tuż obok, w drugim - który do pewnego momentu był dla nas niedostępny. Trochę to na pozór skomplikowane, ale zaraz spróbuję wszystko wytłumaczyć. Przy którymś naszym kolejnym pobycie, czy to że izba w "starym domu" dla licznej grupy przyjezdnych była już za ciasna, czy to że młodzi Koszelukowie wzięli całość rządów w gospodarstwie w swoje ręce, dość że wylądowaliśmy w domu obok. Domu, o którym tradycyjnie mówiło się, że w rozliczeniach spadkowych należy do najstarszego syna Iwana Slipieńczuka, co to jest naczelnikiem policji w Kosowie. Bo też, dokładnie nie pamiętam kiedy, Maryjka, w jakichś sprzyjających temu okolicznościach, powiedziała do mnie nadspodziewanie twardym głosem: "Wojciech, odtąd, przy wyjeździe, rozliczajcie się z nami. Ze mną lub z moim mężem. Nie z ojcem". I te dwa fakty: oświadczenie Maryjki i nasze odtąd zamieszkanie w "nowej" siedzibie jakoś wiążą się ze sobą w jedną, logiczną całość. Ta druga chata ma trzy izby i trzy wejścia z różnych stron budynku. Dwoma z nich można się dostać wprost do pomieszczeń mieszkalnych. Trzecie, nieco od strony budyneczku kuchennego, prowadzi do tzw. komory, czyli - dla wszystkich przebywających w obejściu odtąd Koszeluków, czy to przypadkowo, czy to na stałe - Niesłychanie Ważnego Miejsca. Tam bowiem, na klepisku, w różnych kątach, poupychane w beczkach, workach, mieszkach, torbach, miskach, antałkach, słojach i koszykach znajdują się najprzeróżniejsze produkty spożywcze. Takie, co to potrzebne są, by były pod ręką, i w ciemnych, nieco chłodniejszych okolicznościach. To od skrzypienia tych wrót, z samego rana, rozpoczyna się życie całego gospodarstwa, kiedy to Maryjka lub Katarzyna w nierówno oberżniętych ponad kostkami nóg starych gumiakach, założonych na grube, utkane zimą, szkarpety rozpoczynają dojenie krów. Tu wnoszą w wiadrach, z polutowanymi pracowicie przez starego Iwana dnami, jeszcze ciepłe mleko, dzielą je na porcje. To na masło, to na ser, to do zagotowania. Tu czasem żółknie po wierzchu, zgromadzona w glinianym naczyniu śmietana, która później - zmieszana w kulaszy z drobną, kukurydzianą kaszką - stanowi nieodłączne danie porannego posiłku. Duże, 10-litrowe słoje z pachnącą czosnkiem i majerankiem soloną słoniną, dziesiątki weków z malinami, jagodami, kompotami z wcześniej ususzonych owoców, marynowanymi grzybami, duszoną świniną, wędzonymi w gęstym dymie żeberkami i domową tuszonką, to wszystko co niezbędne, by samodzielnie przetrwać długą zimę i wykarmić wszystkich - w lecie także przyjezdnych - znajdują się w obszernej piwnicy, pod największą, środkową izbą, też w owym drugim domu. Często żartujemy sobie, mając obok, tuż za ścianą i tuż pod nogami, pod podłogą, te wszystkie specjały, że wystarczy zabarykadować się, zagarnąć komorę, piwnicę i te wszystkie tabory, i przy potencjalnym konflikcie z gospodarzami najważniejsze atuty będą w naszych rękach - po prostu złamiemy ich głodem.Koszulukowie popełnili jednak, jak się okazało, pewien błąd. Błąd na poziomie stosunków rodzinnych. Bo nie mieli upoważnienia, nie tylko by rozporządzać nie swoim domem, ale jeszcze tym nie swoim domem bogacić się, wynajmując go jakimś tam Polakom. Póki syn Iwan w dalekim Kosowie nie wiedział o tym, wszystko wyglądało normalnie i poprawnie. Ale kiedyś, może nawet spodziewanie, podczas naszego pobytu, kosowski Iwan pojawił się w Dzembroni, i to nie tylko z żoną i dziećmi, ale na wszelki wypadek z grupą wzmocnioną kuzynami żony. My, Bogu ducha winni, znaleźliśmy się w oku rodzinnego cyklonu, awantury, bardzo wyraźnej kłótni, rozlewającej się na całą ogrodzoną drewnianym płotem posesję. Trwało to ze dwa, weekendowe dni, przez które podniesione głosy z podwórka, kuchni, starego domu, corusz to przeszkadzały nam nieco w normalnym, codziennym funkcjonowaniu. Towarzyszyły temu dodatkowe efekty. Nienawistne spojrzenia nieznanych nam wówczas osób różnej płci i wieku. Raz nawet przez dłuższy czas jakaś energiczna niewiasta, jak się później okazało żona Iwana policmajstra z Kosowa, uniemożliwiała nam wręcz korzystanie z naszych pomieszczeń i legowisk. Pochlipując rozgłośnie, z rozwianym włosem, przewracając teatralnie białkami oczu, galopowała z izby do izby i kładła się na dłuższą chwilę to na jednym łóżku, to na drugim, ni to żegnając się z tymi sprzętami, poduszkami i kilimami, ni to demonstrując dozgonną niechęć do rozstania się z nimi. Dla nas, niewprowadzonych w sedno tego konfliktu, przybierał on wymiary niewypowiedzianej wprawdzie wyraźnie - ale jednak - wojny ukraińsko-polskiej. Ktoś postronny mógłby wówczas powiedzieć: ależ ci Ukraińcy nienawidzą Polaków. A my jeszcze nie wiedzieliśmy, że na razie była to tylko wojna Koszeluków ze Slipieńczukami. Bo Maryjka była już wtedy ze wszech miar Koszelukowa, a policmajster z Kosowa całą gębą nie tylko Slipieńczuk, ale jeszcze z niezwykle energiczną żoną i jej kuzynami. Wreszcie skończyło się. Popłynęła kolejna rzeka alkoholu. Iwan Koszuluk podzielił się częścią utargowanego na nas dochodu i zaspokoił roszczenia. W rok później dotarła do nas informacja, że Koszelukowie za 700 dolarów odkupili ten drugi dom i tak ostatecznie rodzinny spór został rozwiązany, a ten drugi dom stał się odtąd także "naszym" domem. Iwan z Kosowa pojawiał się potem u swojego ojca w Dzembroni, ale rzadko. By spór między nim a Koszelukami zagoił się do końca, to wymagało czasu. A gdy pojawiał się podczas naszych pobytów, zawsze z żoną, to nieuzasadniona niczym niechęć w stosunku do nas była bardzo i to bardzo czytelna. Kiedy było nas więcej, zwłaszcza żona Iwana była bardziej naburmuszona, że może zrobili kiepski interes. Kiedy mniej - to jakby drobna satysfakcja, że Koszelukowie przepłacili. Ale w miarę niejakiego, wolno postępującego cywilizowania się całej Ukrainy, można zaobserwować cywilizowanie się zachowań i tej pary. I niejaki pozytywny kontrast. Tak jak kiedyś nie było tu normalnych stacji benzynowych, normalnych sklepów, a teraz są, tak i Iwan policmajster, w międzyczasie kupując nowy, atrakcyjny zachodni samochód, awansując w swojej pracy, częściej i z różnymi znajomymi przyjeżdżając do rodziców, gdzie nawet tam - nowe domy, działki, satelitarne anteny, mobilne telefony, zmienił się wyraźnie na korzyść. I jego żona też. "Patrzcie" - mówią ich spojrzenia do tych znajomych, których tu przywożą, "jakich mamy światowych, cywilizowanych rodziców. Mieszkają u nich goście z zagranicy... Polacy! Jewropejski Sajuz! A ten Polak, chyba profesor, i jak pięknie mówi po naszemu, po huculsku!".

Autorem Ukraińskich opowieści jest Wojtek Tomaszewki
Więcej Jego opowiadań i gawęd możecie przeczytać na stronie: http://www.fotowyprawy.pl/fotowyprawy.php?czarnohora,25

 

 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 
Wojtek 2010-04-25 12:00:59
Witaj Góralu Świętokrzyski! Od wczoraj zastanawiam się któż to skopiował moje gawędy. Dziś już dobrze wiem, i poznaję Cię po fotografi. Ale czyś się przysłuchiwał i notował? Mam pewne wątpliwości. Pozdrawiam, Wojtek Tomaszewski
Góral Świętokrzyski 2009-11-01 16:02:04
Dzięki i pomyślnych wiatrów w żagle - jak to się mówi - w podróży:)
iza sapuła 2009-11-01 00:06:53
piekna walka i strzal rowno z gwizdkiem ;). Gratuluje i pozdrawiam z Argentyny :).


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd